sobota, 11 czerwca 2016

Polskie zmacdonaldyzowane społeczeństwo na naszych oczach umiera? (od wewnątrz)

Codziennie jeżdżę rowerem do pracy i z powrotem! Kiedyś jeszcze codziennie biegałem, chodziłem do pracy piechotą! Moim niespełnionym marzeniem było  zostać zawodowym biegaczem, lecz wykryty w młodzieńczym wieku rozszczep kręgów lędźwiowych przekreślił te plany. Niemniej zawsze, kiedy tylko w danym momencie nie ukradli mi roweru jeździłem nim po całej dzielnicy robiąc przy jego pomocy coraz  dłuższe wyprawy.  Sport, to było dla nas wyzwanie, a zarazem obowiązek, bo tylko sprawny fizycznie kolega mógł zostać przyjęty do podwórkowej paczki, niestety takie były zwyczaje i czasy! Przecież nowe socjalistyczne  społeczeństwo musiało być okazem zdrowia. Wszak wyzwania i kolejne "Pięciolatki" potrzebowały zahartowanej siły roboczej. Piliśmy więc w  szkole tran, mleko, fluoryzowano nasze zęby, mieliśmy dentystę-sadystę w każdej szkole. Ale w konsekwencji jakoś nikomu to nie zaszkodziło!?
    
                                           

                                                    

 W ogóle w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych PRL nastawiał się na gremialne usportowienie młodzieży (szkoły mistrzostwa sportowego, klasy sportowe). Pamiętam, że zwolnienia z WF-u traktowano bardzo nieprzychylnie, włącznie z obniżeniem oceny ze sprawowania.Teraz otyli przedstawiciele młodego pokolenia ludzkiego planktonu uważają, a wraz z nimi ich rodziciele, iż wychowanie fizyczne jest niepotrzebne. Niepotrzebnie zmienia sylwetkę. Przecież otyłość według nich  świadczy o dostatku i powodzeniu danej osoby? Skąd takie mniemanie? Nie wiem, ale wydaje się, iż chłopstwo, a widać to było wyraźnie w inscenizacji  reymontowskich "Chłopów" przez Rybkowskiego oceniało własne i cudze bogactwo po suto zastawionym stole. I jak wynika z mojej obserwacji PRL miał stale duże kłopoty z nakarmieniem  tej warstwy społecznej.
 

 
                                           

  I tak, a propos,  jedynym sukcesem tzw. PRL-owskiej transformacji było zaspokojenie głodu wielomilionowej rzeszy Polaków-Szaraków. W większości pochodzący z awansu społecznego, przeludnionej kilkuhektarowej wsi mieszkańcy robotniczych dzielnic Warszawy, Łodzi, Krakowa, Poznania, Wrocławia, Lublina, Gdańska, Szczecina itp. cierpieli na ciągły niedosyt - wszystkiego. Głównie mięsa, bo to zawsze był rarytas na wsi . Później ten głód zaspokojono w jakimś stopniu tzw. "tanią jatką" (flaki, żołądki,jelita, ogony, itp. brrrr...) i stoiskami z mięsem "niepełnowartościowym" (nutrie, listy). Wiem, że nie wszyscy muszą respektować zasady dobrego żywienia, ale przecież nawet pierwsi chrześcijanie w swojej kuchni preferowali dania jarskie, ewentualnie baraninę, ale tą najczęściej od święta.
   
                                                        "Tania jatka" - lata 60-te

 
                                                     "Tania jatka" - lata 70-te
 Odeszliśmy bardzo daleko od zasad jakim hołdowali nasi przodkowie. I nie chodzi mi tylko o zasady przyrządzania posiłków, łączenia składników, ale bardziej o ceremonię jaka temu towarzyszyła, bo gotowanie, a jestem z wykształcenia kelnerem-gastronomem (skończyłem Liceum Gastronomiczne przy ul. Wielkiej we Wrocławiu), to przede wszystkim przepływ energii miedzy nami, a tymi produktami z jakich chcemy coś ugotować, inaczej mówiąc wkładano kiedyś w ten akt swoją duszę, serce, empatię, bo ugościć kogoś oznaczało przyjęcie tego kogoś w krąg swoich najbliższych znajomych, w krąg rodzinny. Pierwsze uczty pierwszych chrześcijan, to była celebracja bliskości z drugim człowiekiem i dzielenie się z nim tym, co mieliśmy w swojej spiżarni. Polakom został z tego ten pyszny gest: "Zastaw się, a postaw się", co było naruszeniem zasad Dekalogu.
 
                      

                                            
Współczesny człowiek, ten któremu się udało, który ma kasę i bywa w tzw. kultowych polecanych, modnych restauracjach  wydaje się, że "ośmiorniczki, sushi, to samo zdrowie, bo oryginalne danie, jak mówi mój znajomy "musi kosztować". Ale tylko przyrządzone przez nas przekazuje nam swoją życiową energię, większość z tego "przelatuje" przez nasz przewód pokarmowy i zostaje wyd......


                                          
                                     
 


Kiedyś obowiązywał jako taki  umiar w jedzeniu i piciu, teraz lansuje się tezę, iż im bardziej przeżarci, nażarci ludzie, tym bardziej świadczy to o ich statusie....ekonomicznym. Ten typ myślenia przeszczepił do miast napływowy plebs, który od tego momentu był wiecznie głodny wszystkiego: kasy, władzy, wpływów, ale nie wiedzy! Ta była w PRL=u zbędnym balastem, wystarczyło na początek mieć krewnych w partii, wojsku,  milicji i służbach i faktycznie wystarczyło. Pamiętam naszego dzielnicowego, który ścigał mnie za "brak karty rowerowej" i zabierał wentyle. Grubiański grubas, obleśny typ kmiota, któremu system dał władzę -w dzielnicy. Obowiązywały tzw. "wziatki" i można było wszystko załatwić, włącznie z sąsiadem.

                                                 
                                               



Nic z naszej obyczajowości nie zmieniło się od tych lat transformacji. Umocniło się tylko  w chamach przeświadczenie, iż są kastą wybrańców, bo są bardziej bezwzględni w eksploatacji innych chamów, których dla rozrywki nazywają "pracownikami", a wielu moich znajomych-biznesmenów mówi  na tą klasę pracująca - ludziki. Więc l"udziki", które nie mają szans założyć własnej firmy, czując swoją słabość na tzw. rynku pracy muszą kompensować ten brak właśnie "nażarciem się" aż do upadłego, bo tylko wtedy czują tą błogość przaśnego realu i nic ich nie jest w stanie wzruszyć czy zdenerwować. Przechodzą nad tym do porządku dziennego. Taka polska odmiana powiedzenia: "Oj Polacy nic się nie stało". 
 
                                             
                                       Nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu: obżarstwo to choroba

Przenosi się to genetycznie na młode otyłe pokolenie, ich dzieci, z których są niezmierni dumni! Bo jak już pisałem kmiot musi mieć swego "klona", takiego swojego rodzinnego sobowtóra. Stąd jak moi dzielnicowi sąsiedzi wytaczają się z domów na spacer, to właściwie trudno ich rozróżnić; fałdy brzuszne tzw. słuszne, bo wyhodowane przez ich nosicieli są symbiotycznie związane z ich właścicielami. To w ten "grunt" trafiają reklamy dotyczące polskiej kiełbasy, "która przegoniła ich kiełbasę", a według niej Polacy podobno tak pokochali grilla, uwielbiając spalone mięso, zwęglone kiełbaski po 5,50 od paczki, nie zastanawiając się, skąd bierze się cena takiego  "mięsopodobnego" wyrobu? Ale jak to mówią Żydzi: Goje czyli "biała rasa" jest oporna na wiedzę! Oto co można przeczytać w necie (źródło: Newsletter: Poczta Zdrowia):
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła (26 października 2015 roku), że wędliny, a także prawdopodobnie czerwone mięso są rakotwórcze1.Ten komunikat spowodował natychmiastowy spadek sprzedaży wyrobów mięsnych o 5%2, a ja sam powiedziałem sobie: „Dość!” 
  Nie ma co się dziwić, że czerwone mięso i wędliny są najprawdopodobniej rakotwórcze. Wszyscy przecież znamy podejrzane praktyki rozpowszechnione w przemyśle spożywczym. Mam tu na myśli praktyki sprzeczne z naturą, ponieważ metody stosowane w hodowli i karmieniu zwierząt są niezgodne z jakimikolwiek prawami biologicznymi czy fizycznymi, a także moralnością i zdrowym rozsądkiem.
Chore już w hodowli zwierzęta trafiają chore na nasze talerze. Nic dziwnego, że 50 lat spożywania takiego mięsa podnosi ryzyko zachorowania na raka.To aż nieprawdopodobne, że muszę o tym pisać, ale zdaje się, że straciliśmy podstawowe poczucie rzeczywistości: Nie mamy pojęcia, czym żywiły się ani jak żyły zwierzęta, które teraz hodujemy, zanim nastąpiła industrializacja. A mimo to wiele ludzi je mięso każdego dnia!
 Zero wymagań

Skandal dotyczący mączki zwierzęcej nie zakończył się dlatego, że ludzie zdali sobie sprawę, że karmienie krów zmielonymi na proszek starymi resztkami tuszy wołowej to coś strasznego.
Skończył się dlatego, że mączka mięsno-kostna była otrzymywana z chorych krów.
I to nie chorych na pierwszą lepszą chorobę. To nie było przeziębienie czy grypa!
Te krowy były zarażone prionami choroby Creutzfeldta-Jakoba (chorobą wściekłych krów). Tym sposobem zarażona tym, czym jest karmiona, trzoda może przenieść tę straszną chorobę na człowieka!

Rakotwórcza mączka zwierzęca Czerwone mięso może powodować nowotwory, to fakt, ale z pewnością byłoby inaczej, gdyby trzoda, której mięso zjadamy, była hodowana w naturalny sposób i odpowiednio karmiona.
W normalnych warunkach krowy powinny jeść tylko trawę i pędy, a zimą siano, a nie kukurydzę, wytłoki sojowe czy granulki, które zwiększają ich masę. Krowy nie powinny przyjmować antybiotyków czy hormonów, które przyspieszają ich wzrost...
Całość w newsletterze Jeana-Marca Dupuisa Warto się zapisać: newsletter@pocztazdrowia.pl

        

                                           

Są dwie sfery polskiego życia, z których uregulowaniem Polacy mają genetyczny kłopot; z utrzymaniem czystości i z utrzymaniem wagi ciała. To są dwa pola bitwy, na których poległo już bardzo wielu takich, co to można na nich polegać jak na Zawiszy.. Ta behawioralna kapitulacja pogłębia dysonans w jakim żyje statystyczny obywatel Polski. Bo z jednej ostro wymaga od swoich rodaków, szczególnie sportowców, żeby byli mistrzami nad mistrze, żeby reprezentowali "Honor, Boga i Ojczyznę", a z drugiej folguje sobie we wszystkim taszcząc swój "kałdun" na koronę stadionu. Stamtąd porykuje jak zarzynany zwierz, gdy go "nasi zawiodą". Ale to nie przyszło znikąd. Pamiętam, jak w latach 90-tych, po upadku komuny wzrosły ceny po "Balcerowiczowsku", a mimo to ludzie rzucili się na mięcho, jak gdyby te całe wolnorynkowe Eldorado miało jutro zniknąć, kupowało się na zapas, puchły lodówki. Większość pensji statystyczny Polak wydawał i wydaje na....jedzenie. Przejadaliśmy własne dochody. W ślad za konsumpcją pogarszała się jakość tego, co jedliśmy. Mleko nie kwaśniało tylko kisło, masło jełczało, śmietana pleśniała, mięso i wędliny robiły się oślizgłe. Ale w związku z tym, że odbywało się to stopniowo, krok po kroku, to nikt nie protestował. Od tamtego czasu więcej się go po prostu wyrzucało na....śmietnik. I kto je wyrzucał - głównie wierzący i  chodzący do Kościoła. A gdzie zasady wiary, które mówią, że obżarstwo to pierwszy krok do "nieczystości".
  
                                                             

                                      

Kiedyś człowiek otyły kojarzony był głównie z jakąś chorobą. Dzisiaj być grubasem, to  powód do dumy. Głównie młode dziewczyny i kobiety, mężczyźni w obcisłych dżinsach, z fałdami na brzuchu defilują po głównych szlakach handlowych z wyraźną atencją. Bycie otyłym,  to wręcz powód do chwały?
Już co 3 statystyczny Polak jest otyły i grozi mu z tego powodu jakaś cywilizacyjna choroba, kampanie wzywające do odchudzania z jednej strony zachęcają do walki z otyłością, z drugiej zaś proponują nieustającą ucztę, grillowanie, a potem tylko Verdin i "styknie". Odeśpi się weekend i znowu można...żreć!

Zauważcie, iż np. Żydzi w swoim przekroju społecznym  nie są otyli, nie chorują tak często na choroby cywilizacyjne lub nowotwory (w ub. roku w Izrael stwierdzono tylko - uwaga - 250 zachorowań na tą najgroźniejszą cywilizacyjną dżumę!) Skąd się to bierze? Czyżby tylko z obyczajów i wskazań religijnych?

Otóż nie, bowiem  "goje" uwielbiają sobie folgować! Biała rasa w USA jest już tylko odległym strzępkiem "pierwszych purytańskich osadników". Co drugi Amerykanin jest nie tyle otyły, co z tego powodu życiowo zagrożony. Ta wielka cielesna masa wypełniona "śmieciową żywnością" lansowaną przez ponadnarodowe koncerny w tym Nestle nie jest w stanie normalnie funkcjonować, myśleć, walczyć o swoje prawa itp. Amerykanie stali się z czasem bezwolną behawioralną masą, która skupiona jest na konsumpcji i zaspokajaniu "podkręcanego"  przez wszelakie reklamy apetytu i łaknienia. Ta epidemia obżarstwa zaraziła Europę, a szczególnie bogate zachodnie kraje. "Śmieciowe jedzenie" świetnie opakowane, zareklamowane mimo wielu kampanii pokazujących ich destrukcyjne działanie na nasze zdrowie, cieszy się niesłabnącą popularnością, szczególnie kiełbasy na grilla za 5,50 lub kabanosy po smaku węgierek itp. badziewie.

Umieramy od środka! Nasz przewód pokarmowy i poszczególne narządy z nim związane są w stanie permanentnej eksploatacji. To tak jakby wrzucać do pieca wszystko, co popadnie, aż w końcu się "zatka" i wybuchnie!                                

Pamiętacie ten słynny skecz Monthy Pythona - to były lata 80-te. Oni wiedzieli, że to fala obżarstwa zabiera ze sobą ludzi jak tsunami niezależnie od pochodzenia, wykształcenia i statusu majątkowego. Walka z propagandą "taniego śmieciowego" jedzenia, wychwalanie gotowania jako sposobu na "zabicie" wolnego czasu, a potem konsumowanie ile wlezie, już od lat osiemdziesiątych wypełniało media i  tabloidy. Ta powolna śmierć z obżarstwa  skraca nasze, i tak już krótkie  życie. Ale wiedząc o tym dajemy się "uwodzić" temu ciągłemu łaknieniu gotowanego, pieczonego, smażonego, grillowanego mięcha, tych stosów pierogów, sosów itp. Ale cóż, śmierć i umieranie zawsze pociągało człowieka, tak jak życie i jego przejawy. Żyjemy ciągle dwu biegunowo - między być, a mieć! Ale chyba już ulegliśmy temu "mieć", a doszło do tego nieodłączne mieć i jeść"! Obżerać się na śmierć (od środka) !

Duchowa rzeczywistość jest wyższa od materialnej, a duch panuje nad materią (gdy jest odwrotnie, występuje zjawisko zniewolenia i degradacji godności osoby).

Smacznego proszę Państwa!
                       

              





wtorek, 7 czerwca 2016

Recenzja: „Harcerstwo źródłem pedagogicznej pasji", Bogusław Śliwerski

Nasze czyny i życie świadczą za nas, ale także to, co nierozerwalnie im towarzyszy czyli poświęcenie i zaangażowanie przy pomocy których je realizujemy. Ta właśnie część naszej empatii jest całkowicie zaangażowana po stronie obowiązku, a ten po czasie przeradza się żarliwą zawodową pasję. Jedną z nich jest dla Bogusława Śliwerskiego właśnie harcerstwo.
Niniejsza publikacja, jak pisze we wstępie autor Bogusław  Śliwerski powstała na bazie  jego referatu wygłoszonego podczas XXVII Letniej Szkoły Młodych  Pedagogów Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, która odbyła się w Sandomierzu w dniach 15-19 września 2014 roku. Wykłady, prelekcje, warsztaty, debaty dotyczyły refleksji, analizy i stanu badań kluczowej dla pedagogiki kategorii pasji.
Mamy tu do czynienia z próbą powiązania własnych pedagogicznych doświadczeń i wspomnień o charakterze autobiograficznym z problematyką naukową skupioną wokół pięciu podstawowych obszarów zainteresowań autora niniejszego opracowania: - pedagog wobec polityki oświatowej - pedagog wobec doświadczeń procesu wychowawczego, - pedagog wobec etosu pracy - pedagog jako interweniujący w praktykę humanista i na końcu pedagog jako wzór osobowy. Te wszystkie pola osobistych doświadczeń są dla Śliwerskiego bardzo ważną wykładnią jego światopoglądu, a także realizacji zawodowej pasji nauczania, a przede wszystkim wychowywania.
Autor sięga przez cały czas swojego wywodu do faktograficznej dokumentacji, kronik, relacji, wspomnień krok po kroku udowadniając, iż wszystko co osiągnął w sensie statusu zawodowego, pracy dydaktycznej, oświatowej, badawczej, życiowego doświadczenia i charyzmy swoje fundamenty czerpie z harcerstwa, z którym przeszedł całą długą drogę osobistego rozwoju, w tym rozwoju duchowego. Bo czymże jest harcerstwo jak nie budowaniem krok po kroku zrębów własnej osobowości, szkołą charakteru,  drużyną młodych ludzi dla których obowiązek, wzajemna solidarności i samopomoc jest rodzajem cywilnego dekalogu.
Bogusław Śliwerski odbył swój harcerski staż począwszy od szeregowego harcerza 124  Łódzkiej Drużyny Harcerzy im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego , zastępowego, zastępu „Jędrusie", drużynowego drużyn  młodszoharcerskich, po szczepowego, nauczyciela-instruktora ZHP przy szkołach podstawowych w Łodzi, instruktora społecznego  GK ZHP, przewodniczącego Studenckiego Kręgu Instruktorskiego ZHP „Impuls" przy Uniwersytecie Łódzkim, przewodniczący Ogólnopolskie Rady Studenckich Kręgów Instruktorskich przy GK ZHP i ZG SZSP, a także współzałożyciel Ruchu Programowo-Metodycznego „Harcerskie Poradnictwo" i członek Rady Naczelnej ZHP. Autor uczestniczył też aktywnie w wielu warsztatach i kursach instruktorskich, organizował wymianę międzynarodową, uczestniczył w zlotach drużyn skautowskich z Niemiec, Austrii i pionierskich z byłej Czechosłowacji. Zajął się też i profesjonalnie rozwinął harcerski ruch wydawniczy publikując artykuły, książki, poradniki dla harcerzy, funkcyjnych i kadr kierowniczych ruchu. Wydał drukiem sporo publikacji o charakterze naukowym i popularnonaukowym z zakresu pedagogiki harcerskiej.W  szeregi łódzkiej szkoły pedagogiki filozoficznej wprowadził go prof. Karol Kotłowski, kierownik Zakładu Teorii Wychowania, gdzie na Wydziale Historyczno-Filozoficznym Uniwersytetu Łódzkiego napisał dysertację magisterską i ją obronił pt. „Wzór osobowy drużynowego ZHP". Tak jak jego Mistrz Śliwerski uważa, iż pedagogika wywodzi swoje korzenie z filozofii, stąd żaden z jej kierunków nie może lekceważyć tych korzeni. Bogusław Śliwerski miał też swoich harcerskich Mistrzów o czym możemy przeczytać w dalszej części jego autobiograficznej monografii. Jednym z z nich był harcmistrz Jerzy Miecznikowski, wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju pedagog, wychowawca tysięcy dzieci, młodzieży i dorosłych, i to nie tylko z regionu łódzkiego. W czasach gdy autor tej publikacji dopiero stawiał swoje pierwsze kroki na harcerskiej niwie, ten był Komendantem Ośrodka ZHP „Szarych Szeregów" w Hułcu ZHP Łódź-Bałuty. Jego dom był otwarty dla potrzebujących, przyjaciel, który nikogo nie zostawił w potrzebie. Brał udział w Łódzkim Zjeździe odnowy polskiego ruchu harcerskiego po 1956 roku. Był jednym z 51 Członków Założycieli ZHR. To właśnie tacy ludzie przeszczepiali pokoleniu Śliwerskiego idee dobrego, prawego wychowania zgodnego z Kartą nie tylko Przyrzeczenia Harcerskiego ale przede wszystkim ze światopoglądem  ludzi wyrosłych z II RP, gdzie Honor, Godność, Bóg i Ojczyzna były podstawowym dekalogiem każdego ówczesnego Polaka.

W kolejnym rozdziale swojej pracy Śliwerski wykłada przed nami idee własnej filozofii i postawy biegnącej „Ku chrześcijańskiej i personalistycznej pedagogice i pedagogii (także harcerskiej)". Analizuje w nim podejście  i dorobek naukowy Aleksandra Kamińskiego czy Romana Schulza. Bowiem oprócz dobrej bazy naukowej na dominantę harcerskiego stylu życia składa się też samowychowanie, samorządność, dzielność, opór, dobrze pojęta rywalizacja i współzawodnictwo. To w tym środowisku  do dziś aktualne są takie terminy jak „praca nad sobą", „samorealizacja", samosterowanie", samodoskonalenie", asceza, skromność.

W kolejnych rozdziałach autor analizuje fenomen harcerskiej dzielności, hartu ducha i dzielności, a także niezłomności, co wypływa z zasad harcerskiego wychowania. Stąd w kolejnym rozdziale pyta „Pedagogika czy pedagogika harcerska?". Dalszą część niniejszej autobiograficznej monografii zamiast typowego zakończenia wypełniają osobiste wspomnienia tworząc kronikę harcerskiego życia Bogusława Śliwerskiego. Dopełniają tekst fotografie z tamtych czasów stanowiąc oryginalny odautorski komentarz. Znakomicie i wzorowo wydana publikacja przez Oficynę Wydawniczą IMPULS.
Warto aby znalazła się nie tylko w harcerskim księgozbiorze lecz w każdej bibliotece szkolnej. To unikatowa książka, która pokazuje, iż nie wszystko zostało zapomniane czy przeinaczone z tamtego przedwojennego kanonu. Gdyż przedwojenni Mistrzowie zyskali godnych siebie kontynuatorów.

sobota, 28 maja 2016

Dlaczego Polacy nie lubią prawdy o sobie, bardziej jak inne narody?

Pewien angielski arystokrata stwierdził,że gdyby  ktoś idąc ulicami Londynu mówił napotkanym ludziom prawdę, to już po przebyciu kilkuset metrów zostałby zabity!

Głoszenie prawdy wymaga ogromnej odwagi i zgody na społeczny ostracyzm i  izolację! Bo kto dowiedzie swojej słuszności ten zwycięży, a lud w swojej większości nie lubi przegrywać ze swoimi złudzeniami! Złudzenia są odbiciem naszej karmy albo właściwie jej braku. Lubimy od młodzieńczych lat oszukiwać siebie, że świat jest dobry, będzie jeszcze lepszy, a dzieciństwo i rodzice będą nas chronić przed jego złem. Szkoła chce naszego dobra, nauczyciele i system są dobrzy i też chcą żebyśmy byli mądrzejsi i lepsi od nich. Potem to samooszukiwanie się przenosimy w swoją dorosłość. Zawód, który wybraliśmy będzie dobrze płatny, a profesja którą studiowaliśmy zabezpieczy nam karierę, awans w konsekwencji dobrobyt. Dopiero z czasem okazuje się, iż "polish dream" to nic innego jak jeden nieustający koszmar.

Do ilustracji moich tez wybrałem malarstwo Jerzego Dudy-Gracz idealnie ilustrujące nasze "piekiełko"

                                                    Motyw polski - Jerzy Duda-Gracz


Głoszenie prawdy zwykle prosty człowiek zostawia księżom, nauczycielom i szkole, licząc w życiu na swój jak to się kiedyś mówiło chłopski rozum, który zastępował światopogląd pospołu z charakterem. Owszem mówiło się w mojej dzielnicy "charakterny człowiek", ale bardziej rozumiejąc przez to upór, poświęcenie się dla zrealizowania własnego pomysłu, np. drewnianą boazerię tak modną w tamtych czasach, iż sąsiedzi potrafili jechać do odległego tartaku po listwy. W większości nie czytali książek, bo po  co - przecież mieli swój chłopski rozum i to wystarczyło. Życie było behawioralnie proste; napełnić żołądki rodzinie, wyremontować dom, umeblować, kupić jakieś ciuchy, żeby pokazać się w niedzielę w odświętnym garniturze, który nakładało się tylko na takie okazje, a resztę miało zabezpieczyć państwo: pracę i social, ewentualnie mundurowe, szkoła: wykształcenie potomstwa i później zakład pracy:  pracowniczy social i grało! I Kościół: duchowość.
 
                                             Polska metafora, Jerzy Duda-Gracz
 
Pamiętam jak moja mama Anna zapraszała ich na kawę, często pożyczała książki lub kolorową prasę, pisząc pisma do urzędów, skargi, zażalenia (niewiele osób pamięta, że w "komunie" świetnie prosperowały w latach 60-tych i 70-tych "Biura Pisania Podań". Jedyne czego nie lubili to rozmowy o sobie, o swoim pochodzeniu, jakby mieli coś do ukrycia. Oczywiście w tamtych czasach mówienie prawdy o sobie, szczerość wymagały nie lada odwagi. Moja mama Anna unikała tylko jednego tematu wojna, partyzantka, a jeżeli chodzi o nasze pochodzenie, losy powojenne, to jak pamiętam nie było tam żadnego tabu. I tak nie miałem punktów za pochodzenie!.
   
                                       Polska szkoła,   Jerzy Duda-Gracz

My Polacy lubimy być chwaleni i to nie tylko jako naród wybrany, walczący o wolność innych narodów, ale również za nasze cechy narodowe, za które uważamy: odwagę, waleczność, gościnność typu "Postaw się, a zastaw się", pracowitość itp. Ale jak pamiętam to waleczni moi sąsiedzi byli po tzw "flaszce", piwku itp. O wtedy krzepa rosła, a odwaga przekraczała granice naszej Fabrycznej dzielnicy. Ale jak chodziło o napisanie skargi do administracji czy zarządu dróg, o to, że chodniki są krzywe, a błoto i kurzawa niszczy buty, podwórko jest brudne (nieszczęsne polskie śmietniki), to już jakoś nikomu nie przychodziło na myśl,. że można przeciwko temu protestować. A co tam, każdy i tak zamykał się w swoim domu, działce czy altance w ogrodzie, to co tam im chodnik przeszkadzał. Chodziło się nim do pracy i z pracy, tylko tyle, to pewnie można to było przeżyć. I to mamy do dzisiaj! Chodzimy po ulicach, chodnikach, które 200, 300 metrów za Rynkiem przypominają późnego Gomułkę (Tęczowa, Szpitalna, Zielińskiego, Gajowicka i okolice, no i Hubska oczywiście, Pułaskiego) albo wczesnego Gierka. Nikogo to nie wzrusza, parkują na chodniku auta, dodatkowo niszcząc, to co zniszczone! Przecież to nie ich, to miasta! A miasto to nie ich, to władzy!  Oni tu tylko śpią, rodzą się i....umierają! jak u Amejko.
 
                                        Polska wieża Babel , Jerzy Duda-Gracz

 Pracowitość to też jedne z prawd, o których woleli nie mówić! Bo owszem pracowici byli, ale tylko dla siebie; ogródki mieli jak z bajki; a to altanki, a to żywopłoty, płotki itp. A już na podwórku był totalny syf: odrapane ławki lub połamane, popękane płyty chodnikowe, błoto. No cóż żyli w socjalizmie, który wywyższył ich jako przewodnią siłę narodu, to co będą pluć w lustro? Z pracowitości został tylko synonim zaradność czyli kombinatorstwo! O tu byliśmy w pierwszej trójce Europy, po Włochach i Rosjanach.


                                 Pamiątka z Barlinka,   Jerzy Duda-Gracz

Z Włochami wiązała nas wiara katolicka, religijność no i "rozgrzeszanie" wszystkich przewinień, o co starali się księża na osiedlowej parafii. Nie pamiętam aby ksiądz na ambonie powiedział coś przeciw pijaństwu, przemocy domowej, kradzieżom czy kombinowaniu?Z Rosjanami walka o przetrwanie, z tym, że u nas to była waga lekko pół śmieszna, gdy tamci  musieli się liczyć z zsyłką na Syberię! I ciężkimi robotami!
 


Waleczność to też jedna ze świętych cech, szczególnie dobrze odbierana podczas strajków w 1980 roku. Oj jacy byli moi sąsiedzi dumni, wypinali klatę. z Wałęsą, rozdawali gazetki. Byli hardzi i bojowo nastawieni. Stan Wojenny zweryfikował tą odwagę w trymiga. Większość kiedy przepisywaliśmy z mamą "Z dnia na dzień" na maszynie przestała nas odwiedzać, na schodach udawali, że się śpieszą, a w ogóle to "Solidarność", to było minęło i O ni nie pamiętają właściwie czy do niej należeli!
                                               

 Jedna cecha pozostała w nas niezmienna: Wyuczona bierność, która  pozwalała pewnie na przetrwanie w tym irracjonalnym polskimi nierealu. Niech się wali i pali, ale moje z kraja! Taka postawa w tych czasach źle wróży kondycji społecznej w dużych miastach. Dlatego np. Wrocławiem może rządzić od 1989  "sitwa", która mając na siebie haka, raz popycha sprawy do przodu, a innym razem cofa nas do tyłu: remonty kamienic, brak planów zagospodarowania przestrzennego, co skutkuje samowolą władz i "kwiatkami" w rodzaju obudowania centrum galeriami handlowymi (Podkreślam raz jeszcze, w żadnym cywilizowanym państwie ani kraju nie buduje się ich w centrum, tylko poza nimi! Stąd przynależność POlski o czym mówi ciągle prof. Kieżun do państw kolonialnych, z bardzo niskim uspołecznieniem działań i planów np. długoletniego rozwoju? Moim sąsiadom to nie przeszkadza, grunt, że jest gdzie "zabić czas" ewentualnie pokazać się z całą rodziną!
                                            

 
                                                                 Makatki polskie

Mówienie prawdy oprócz tego, iż jest niewygodne, to jeszcze boli, kiedy od biedy przeciśnie się przez wąskie synapsy i dojdzie do ich głów! Szczególnie wkurza to tzw. "słoiki", kiedy zarzuca się im brak zainteresowania dla spraw mojego miasta! Oni traktują je jak; a/ noclegownię, b/miejsce nauki i pracy, ewentualnie potem kariery, c/odskocznię za granicę, po zdobyciu wykształcenia! Rzadko ktoś planuje angażowanie się w w sprawy lokalne lub czynny protest przeciwko np. polityce lokalnej administracji. Powód jest błahy. Część widzi w niej swoją przyszłą karierę zawodową. Inni wolą jak ktoś zrobi to za nich!
                                                
 
                                                                         czyli lektury

niedziela, 1 maja 2016

Recenzja: „Świat Muszkieterów", Jerzy Rostkowski

Wojna polsko-polska pod flagą biało czerwoną przerodziła się z czasem w naszą kolejną negatywną narodową cechę. Walka o wpływy, walka o pieniądze, walka dla samej walki. Nawet w tych okrutnych czasach niemieckiej okupacji Polacy nie odtrąbili zawieszenia broni.
Książka Jerzego Rostkowskiego pt. „Świat Muszkieterów. Zapomnij albo zgiń" znakomitego eksploratora, tropiciela tajemnic III Rzeszy, to unikalna na skalę międzynarodową próba odtworzenia losów supertajnej organizacji wywiadowczej stworzonej przez Stefana Witkowskiego zwanej „Muszkieterami. O jej tajności nie świadczy to, iż do tej pory jak pisze autor „Wstępu" Tadeusz A.Kisielewski ukazało się jedno wątpliwej jakości opracowanie, kilka artykułów w czasopismach historycznych, jedno wydawnictwo wspomnieniowe.
Za kulisami historii mistrzowsko zorganizowanej siatki wywiadowczej kryją się dziwne zabójstwa, wypadki i zastraszenia. Mieczysława Ćwiklińska, znana przedwojenna i powojenna aktorka, która współorganizowała pogrzeb Witkowskiego nie chciała o tym z nikim rozmawiać. Musiała przeczuwać, że za wyrokiem na twórcę „Muszkieterów" i jego śmiercią kryją się dziwne i nie do końca rozwikłane rozgrywki między ścisłym kierownictwem Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej i byłymi Piłsudczykami, wojskowymi skupionymi wokół zdymisjonowanego Naczelnego Wodza Edwarda Rydza-Śmigłego.

Rostkowski z iście zegarmistrzowską precyzją łączy zdawałoby się nie związane praktycznie z główną osią książki fakty jak np. kontakty Witkowskiego w czasie jego pobytu na stypendium w Szwajcarii, a później opatentowanie genialnie zdawałoby się prostych rozwiązań technicznych dotyczących silników spalinowych i wysokoprężnych.
Piekielnie uzdolniony inżynier Stefan Witkowski od początku współpracował z polskim przemysłem zbrojeniowym, posiadał przy tym liczne zagraniczne kontakty stąd stać go było na właśnie taki, a nie inny rozmach dotyczący stworzenia własnej siatki wywiadowczej o charakterze międzynarodowym zbierającej informacje z najważniejszych obszarów aktywności politycznej i militarnej w Europie.

Rostkowski prowadzi nas z iście dziennikarską dociekliwością poprzez meandry politycznych podziałów II Rzeczypospolitej, szczególnie widocznych po klęsce wrześniowej obozu władzy. Witkowski nie zagłębiając się w nie szczególnie od początku skupia się na tym co ustalili wspólnie z gen. Kleebergiem - przejście do konspiracji i rozbudowa  własnej siatki agenturalnej. Witkowski mimo, iż nie był etatowym współpracownikiem służb specjalnych miał wrodzone predyspozycje i liczne kontakty, które stanowiły znakomity fundament do tego rodzaju działań.

Pomimo jego niezwykłej skuteczności, KG ZWZ nie ufała ani jemu ani jego agenturze, oczekiwano od niego pełnego podporządkowania kontrwywiadowi Komendy Głównej, ujawnienia struktury jego siatki i danych o agentach. Witkowski przeczuwając, iż struktury ZWZ są penetrowane tak przez wywiad niemiecki, brytyjski jak i radziecki nigdy się na to nie zgodził. Współpracując z wywiadem brytyjskim obejmuje  swoimi kontaktami nawet Bliski Wschód. To, że działa praktycznie poza kontrolą  KG ZWZ, a także ludzi Sikorskiego powoduje, iż od jakiegoś czasu, kiedy zdeklarował swoją niezależność stał się obiektem zainteresowania i inwigilacji ze strony polskiego kontrwywiadu.

Atmosferę wokół „Muszkieterów" podgrzewa również to, iż Witkowski organizując potajemną wizytę Rydza-Śmigłego w Warszawie stawia siebie i całą organizację w opozycji do polityki naczelnego wodza Władysława Sikorskiego i jego ludzi. Staje się od tej pory jak to się mówi „głównym podejrzanym". Dodatkowo jego misja na Wschód - delegowanie oficerów łącznikowych do Armii gen. Andersa bez wiedzy ZWZ generuje  poważne podejrzenia podsycane prawdopodobnie przez niemiecką agenturę penetrującą struktury KG ZWZ.

Książkę Rostkowskiego czyta się naprawdę jak znakomity polityczny thriller. Akcja rozkręca się w momencie klęski II RP.,  i później już tylko przyśpiesza.  Autor „Rozkaz zapomnieć" i paru innych niezapomnianych publikacji jako pierwszy w tak dokładny i wręcz analityczny sposób odsłonił przed nami zupełnie nieznaną szerokiemu ogółowi historię niezwykłego człowieka jakim był Stefan Witkowski i jego „Muszkieterzy", pierwsza tak profesjonalna polska organizacja konspiracyjna w ogarniętej wojną Europie.

Dlaczego wydano na niego wyrok i czemu skazali go na śmierć najwyższą rangą oficerowie ZWZ: płk. Tadeusz „Bór" Komorowski, płk. Kazimierz Pluta-Czachowski i płk. Jan Rzepecki. Wyrok został wykonany 18 września w domu przy ul. Wareckiej 9 przez grupę egzekucyjną AK przebraną w mundury niemieckiej żandarmerii. Do jego ubrania przypięto kartkę z napisem: „Największy polski bandyta”. 2 czerwca 1943 r. Tyle suche fakty. Co się kryje za tą egzekucją wiedzą już tylko nieobecni bohaterzy tamtej historii. Ale jeżeli wcześniej zginął jeden z jego ważniejszych emisariuszy Ryszard Świętochowski, współpracownik Sikorskiego, twórca Centralnego Komitetu Organizacji Niepodległościowych, który marzył o scaleniu wszystkich działających organizacji w jeden zbrojny monolit, a chwilę później ginie współpracownika hrabianka Grocholska, to czy nie możemy domniemywać, że stoją za tym polsko-polskie rozgrywki podsycane tak przez kontrwywiad brytyjski, niemiecki i rosyjski Smiersz? Później walka się zaostrzy na tyle, że w zamachu zginie Sikorski, któremu zabrano jego słynną teczkę, a dziesięć lat później wdowa po marszałku Rydzu-Śmigłym Marta.

Drugie pytanie dotyczy sytuacji w której to byłe sojusznicze mocarstwa Wielka Brytania i USA  nie chcą nam udostępnić naszych archiwów, których stali się depozytariuszami? Co takiego kryją polskie archiwa, iż jest to do dzisiaj niewygodne dla historii państw koalicji antyhitlerowskiej?

Książka Rostkowskiego otwiera nowy rozdział badań historycznych i archiwalnych dotyczących ważnych,  a ukrywanych do tej pory epizodów konspiracyjnej walki.

środa, 13 kwietnia 2016

Dlaczego Polacy nie są i nie będą nigdy narodem? Cz. III

Hubertus Duijker i Nico Frijda, uczeni holenderscy,w 1960 roku wyodrębnili sześć typów definicji charakteru narodowego, zależnie od przyjmowanych metod badawczych1

Charakter narodowy to:

1) zbiór cech psychicznych, który wyróżnia ludzi należących do jakiegoś narodu od innych narodów;
2) najczęściej występujący typ zachowania w grupie dorosłych członków jakiegoś społeczeństwa;
3) system postaw, wartości i przekonań podzielanych przez większość społeczeństwa;
4) podstawowa (trwała i ciągła) struktura osobowości ludzi należących do tej samej kultury, oparta na procesach uniformizacji socjalizacji i wychowania;
5) wyuczone i dziedziczne zachowania kulturowe oraz systemy norm, wartości i celów, którymi posługują się instytucje jakiejś kultury i obecne w ich wytworach;
6) mentalność obecna (wyrażona lub sugerowana) w literaturze, sztuce i filozofii, która funkcjonuje jako „duch” narodu.

Analizuję ostatnią definicję charakteru narodowego, którą wyodrębnili holenderscy uczeni Hubertus Duijker i Nico Frijda. To:
6) mentalność obecna (wyrażona lub sugerowana) w literaturze, sztuce i filozofii, która funkcjonuje jako „duch” narodu.

Duch Narodu czy Narodowy to zespół bardzo wielu cech, które charakteryzują mieszkającą na danym obszarze społeczność. Oddanie sprawie albo sprawom państwa, z którym się identyfikujesz, inaczej zwane patriotyzmem. Społeczna empatia inaczej mówiąc dobre kontakty z sąsiadami i wzajemna pomoc. Uczciwość i prawość wyniesiona z domu czyli Człowieczeństwo z Zasadami. Poświęcenie nie tylko swojej rodzinie, lecz również na rzecz społeczności w której przyszło nam żyć. No i perspektywa z jakiej patrzymy na siebie, swoje życie i kraj w którym żyjemy? A jak jest to ważne dla naszego normalnego funkcjonowania  niech świadczy o tym chociażby wywołany wokół statusu Polski jako państwa negatywny piar: słynne nagrania "Sowy i Przyjaciół" i odzywki, że Polska to tylko kamieni kupa....

Jak z takiego gąszczu negatywnych informacji, szumów, zlepów i dezinformacji zbudować coś na kształt własnego życiowego  programu? Jak odnieść się do tego co "wciskają" nam codziennie do głowy jako obowiązującą prawdę, jako obraz naszych czasów?

Jak ważną rolę mają w tym media niechaj świadczy fakt, iż PiS oprócz tzw. kosmetycznych zmian nie jest władny przekopać te terytorium wrogiej propagandy! Wtórują mu literaci, o których już pisałem w artykule: Kiedy odejdą gadające głowy? i nie tylko,   a wcześniej ,  Dlaczego polska współczesna literatura nie przynosi nadziei?

Wzorce kulturowe, historyczne, językowe uczą nas nie tylko szacunku do swojej Ojczyzny lecz także rodziny w której żyjemy, naszych seniorów, którzy dzierżą w swoich rękach klucz do naszej rodzinnej  historii i genealogii. Stąd aby te wzorce ośmieszyć, skarykaturować lansuje się i zamawia określony typ literatury. Nazwijmy ją literaturą negatywną.Wynajęci krytycy "ubiorą" ją w krytyczno-literacką i teoretyczną obudowę. Będziemy się odtąd pławić w postmodernistycznym, eksperymentalnym bełkocie opisującym tylko prawdopodobne historie, ale zawsze można je tak "nagiąć", aby posłużyły nam  do zilustrowania stopnia degrengolady i upadku wartości naszej polskiej współczesności.
 
  Drugi nurt to amerykanizacja, popkulturyzacja społeczeństwa, któremu podsuwa się w sprytny sposób lokowanie  w jego podświadomości "potrzeb" konsumpcyjnych, kulturowych czy "modowych" itp.

Czy wobec powyższego obecna mentalność narodowa ma swój wyraz w sztuce i literaturze?
Jak najbardziej proszę Państwa. Negatywne konotacje i historie, kreowanie ujemnego nijakiego bohatera, w którym, jak się go przenicuje drzemie "ukryty" dewiant, umysłowy troglodyta, ograniczony świadomościowo szaleniec, terroryzujący swoich bliskich i okolice. Szczególnie widać to w prozie pupilki "Wybiórczej" p. Bator.
 
  
 Nagradzana, tłumaczona, szczególnie gorliwie w Niemczech sprzedaje im to co chcą zobaczyć w swoich odwiecznych wrogach i sąsiadach . Jak pisze Zofia Król w swojej recenzji zamieszczonej na stronie "Dwutygodnika.com": Uogólniająca konwencja baśni miesza się tu w niektórych fragmentach z przykładanymi do współczesnego życia Alicji i niektórych jej towarzyszy uszczegóławiającymi narzędziami literatury zupełnie nieźle, ale kiedy za pomocą środków dostępnych baśni autorka opowiadać próbuje także prawdziwą historię Wałbrzycha, prowincjonalnej biedy, tragedie mieszkańców ziem odzyskanych, i szalonej dzisiejszej Polski – kiedy baśnią pisać próbuje rodzaj reportażu – zaczyna zgrzytać. Tym bardziej, że Bator wcale nie wykorzystuje baśniowych możliwości, nie pozwala fantastyce opowiadać swobodnie historii(Ciemno, prawie noc...

Jeżeli świat otaczający człowieka i ludzkie życie jest nic nie wart, tak jak w książce Amejko "Żywotów świętych osiedlowych". Czytam w opisie: Z Żywotów…" wyłania się obraz dziwnego Osiedla, spuszczonego z boskiej betoniarki poza planem stworzenia. Świata, gdzie żywi porozumiewają się ze zmarłymi przez internet, a ulepieni z ciasta ludzie mają dusze na kartę lub abonament i dostają od Boga SMS-y. Czas jest tutaj kolisty, daje się zatrzymać, zawrócić, rozszczepić; granica między życiem a śmiercią jest umowna, tożsamość bohaterów niedookreślona, znaczenia i pojęcia niepokojąco rozmyte. A sama autorka pisze:
- To nie robota! - wścieka się Kunerta.
Marzenia nasze cienkoskóre są, słowami wypełnione, ledwie na pół metra się wzbiją i już na ziemi leżą, jak flak! A dokąd idzie pustka, którą mamy w sobie?
Na koniec sama Kunerta zestarzała się, sflaczała, pomarszczyła, sił nie miała do marzeń, zwłaszcza cudzych, więc koło ławek takie tabliczki poustawiała na wiosnę:
„Marzeniami nie brudzić! Kto marzy, po sobie ma sprzątać, do ostatniego kawałka!".



 
Człowiek bez marzeń, żyjący dlatego, że ktoś go spłodził, że się urodził, i tak bez celu, zmierza w tym dzielnicowym udomowionym piekle do nicości, to przesłanie literackie jakie wysyła w naszym kierunku Amejko i jej podobni. Ale za to świetnie się sprzedaje (czytaj) tłumaczy na obce języki. Stąd też mają nas za niecywilizowaną  niebezpieczną"dzicz". Ale jakby temu nie dość Łukasz Orbitowski uzupełnia to o "Święty Wrocław", to horror-ballada o Polsce proroków, pielgrzymów i wariatów, o mieście pierwszych miłości, o wiośnie dziewięciu cudów, o zbliżającej się katastrofie. I ostatnio opublikowaną zbeletryzowaną historię zabójstwa na bydgoskim Fordonie napisaną dla wydawnictwa Tomasza Sekielskiego "Od deski do deski" pod  tytułem "Inna dusza". Jak czytamy na culture.pl:
Jest to książka o bardzo powściągliwej narracji, pozornie niewyszukanym języku. Jakby celowo ograniczona do horyzontów myślenia i wyobraźni bohaterów – chłopaków z bydgoskiego blokowiska z lat 90. Pokazująca realia bydgoskiego Fordonu jak automatyczny Kodak, prozaicznie, zwyczajnie, bez efektów specjalnych. Zwyczajność, fotograficznie oddana, miesza się tu jednak z makabryczną zbrodnią. A ciemność, w którą wkracza w tej blokowej opowieści Orbitowski, jest po prostu przepastna.  I z tej ciemności robi  Orbitowski  opowieść o Polsce lat 90. i o grzechach pierworodnych polskiej demokracji, o rodzinie, źródłach zła, zawiedzionych nadziejach, dojrzewaniu.  Najlepsze w "Innej duszy" jest jednak to, że nie jest to ani powieść rozwojowa z latami 90. w tle, ani opowieść o pochodzeniu zła. Tylko dokładnie coś pomiędzy. Trochę portret pewnej epoki, trochę wiwisekcja pewnej (innej) duszy.

  
                                            Jerzy Duda-Gracz  "Motyw polski"
 Pięknie, ładnie, wszyscy chwalą pomysł, narrację, opowiedziane historie, pracę literacką. I jest gut. Ale gdy bliżej się przypatrzymy bohaterom tych książek, rzeczywistości w nich opisanej, to nasuwa się pierwsza konotacja: uciec, jak najdalej, uciec z tego osiedlowego lub miejskiego szpitala wariatów. Zamknąć się na cztery spusty, założyć drzwi antywłamaniowe, kamery i modlić się do Anioła Stróża. Nawet tzw. emigracja nie wybawi cię z opresji, bo zabierasz ze sobą bagaż wspomnień, traumy, niepokojących snów. Do tego swoje trzy grosze dorzuca Karpowicz i mamy szaloną układankę polskiego delirycznego nierealu, w którym podobno Żyjemy! Gdy wejdziemy głębiej w strukturę tych powieści, język jakim nas epatują ich autorzy, to możemy dojść do wniosku, że żyjemy w Jednym Wielkim Szpitalu Psychiatrycznym, który, no właśnie - my sami sobie zafundowaliśmy, no może warunki życia, polska transformacja i tyle.

Uczono mnie, iż literatura stawia wielkie moralne, etyczne pytania! Pokazuje zbrodnię, ale od wewnątrz,  odsłania głębię duszy, jej otchłanie, rozmawia z podświadomością zbrodniarza, a przy okazji, abyśmy jako czytelnicy nie zwariowali ze strachu czytając, funduje nam antidotum, lekarstwo, którego głównym składnikiem jest wyobraźnia. Stąd te wszystkie elementy fantastyczne w twórczości Orwella, Tolkiena, Dahla, Lewisa Carrolla, które mają na celu równoważenie zła. Niestety teraz żyjemy w doświadczalnym laboratorium, gdzie serwuje się nam, od rana do wieczora medialną papkę w której skład wchodzą  wszelkiego rodzaju przejawy deprawacji,  na jakie stać współczesnego humanoida. Bo to nie jest już człowiek, to Coś, żyjące bez religii, wiary, bez celu. Czerpiące przyjemność z  więzienia, dręczenia, poniżania innych ludzi. I to właśnie tacy dewianci stają się bohaterami książek czy filmów, np. Fritzl, emerytowany elektryk z austriackiego Amstetten, który przez ćwierć wieku więził swoją córkę w piwnicy czy jego polskiego naśladowcy spod Siematycz:  Krzysztofa B.,  który przez kilka lat gwałcił swoją córkę i ma z nią dwójkę dzieci. Prokurator zażądał dla niego 15 lat więzienia. 47-letni Krzysztof B. zaczął molestować córkę, kiedy miała 13 lat.

Rozumiecie to tsunami zła, deprawacji jakie zalewa nasze umysły. Zapracowani nie mamy nawet czasu się "zresetować" ani zastanowić co się z nami stało! Między blokowiskami, osiedlami PGR-owskImi rosną anonimowe zastępy Fritzlów, Krzysztofów B.

                     


















To o nich opowiada Karpowicz w "Niehalo" czy "Ościach"|. Jak pisze recenzent charakteryzując jego "Ości" : Groteskowe sceny, absurdalne sytuacje, z którymi muszą mierzyć się bohaterowie, galeria dziwacznych postaci pierwszo- i drugoplanowych, oraz humor, pod którego płaszczykiem kryje się przygnębiająca prawda o naszym życiu. Można się pośmiać? Można. Szkoda tylko, że zazwyczaj jest to śmiech przez łzy.
A wcześniej pisze o "Niehalo": ...książka dostarczyła mi pewnej ciekawej refleksji. Otóż niezgoda Macieja na otaczającą go, pozbawioną perspektyw rzeczywistość, gdzie całe życie wydaje się być niekończącym pasmem upokorzeń ze strony innych osób, w moim przekonaniu stanowi nieodłączny elementem okresu młodzieńczego, z którego człowiek z czasem wyrasta. Nie, nie zmienia się nasze zapatrywanie na ową rzeczywistość, ona sama zresztą również pozostaje taką, jaką była wcześniej. Godzimy się na nią, uznając, że tak widocznie być musi i nie ma siły, by to zmienić. I właśnie w ten sposób przypieczętowujemy własny żałosny los.

Żałosny los, chore realia i pseudo życie!

Okaleczeni psychicznie ludzie,  zapędzeni przez "biedę" w kozi róg, sytuacje bez wyjścia, życiowe trudności, których nie potrafią rozwiązać (żaden autor im tego nie podsuwa) za wszelką cenę chcą uciec. Nie ma w nich charakteru, np. doktora Judyma, czy nawet cwaniaka Dymy albo jakiejś krzytyny altruistycznego pozytywizmu. Chorzy, popękani od środka, rozpołowieni -  na nieprzystające do siebie połowy; współcześni Jekylle i panowie Hyde sięgają po jedynie czytelne rozwiązanie - siekierę, pętlę czy właśnie bezosobową zbrodnię. To się teraz sprzedaje. Szczególnie dobrze przyjmuje to Europa Zachodnia, ta otłuszczona, bezduszny zeświecczony jeszcze bogaty Europejczyk. 

Ten obraz Polaka XXI wieku, to mentalność obecna funkcjonująca jako duch narodu! Duch chory, zdeprawowany, potłuczony od środka, figurka zaledwie...
Stąd bierze się zmasowany atak na postawy i poglądy prawicowe lewicowych trolli, gdyż zaprzecza on ich literackiej wizji. Zadaje kłam literackim wzorcom, ale jeszcze długa droga do zmiany wizerunku Polaka w mediach, polskich i europejskich!

 Wśród takich właśnie książek debiut Dominiki Słowik "Atlas: Doppelganger", to odpoczynek od wszechmogącego zła. Jak pisze recenzent: Rzecz rozgrywa się w latach 90. na osiedlu, które przypomina wszystkie polskie osiedla z tamtego czasu. Narratorka odwiedza Annę i jej dziadka, marynarza, króla życia i króla bloków. Słucha jego opowieści o podróżach, ogląda mapy nieznanych lądów. Z czasem dziadek zajmuje coraz więcej miejsca w tej historii. Opowieść rozgałęzia się, mamy dwa równoległe nurty, cała książka składa się z rozmaitych odbić. Tytułowy sobowtór – doppelganger – ma tu wiele znaczeń, nie tylko podwójnych postaci, wątków, ale i podwójnych światów. Blokowiska też są dwa. Drugi nurt opowieści rozgrywa się na innym, niemal zupełnie opustoszałym osiedlu, na którym mieszka już tylko dziadek i kilka osób. Słowik zamiast częstej dziś pokoleniowej opowieści o dzieciach z osiedla tworzy z rozpadających się bloków mityczną, schulzowską krainę literacką. Początkowe partie książki to jedne z najlepszych obrazów bloków, jakie powstały w literaturze. Labirynt mieszkań i korytarzy odzwierciedla labirynt języka. Blokowisko nie jest obrazem podziałów społecznych, ale równorzędnym bohaterem, który żyje swoim życiem. A książka Słowik staje się też opowieścią o sile literatury, o nieokiełzanym żywiole, który przekształca znaną rzeczywistość w fantastyczne światy, o których nie mieliśmy pojęcia.


I może właśnie o to chodzi we współczesnej literaturze, żebyśmy nie mieli pojęcia, że jest możliwa inna rzeczywistość, inna narracja, pozbawiona tej beznadziejnej otoczki kolonialnego realu, gdzie labirynty blokowisk, wiejskie zadupie, to współczesne fawelle i wieże Babel, Polski Czyściec, z którego tak naprawdę nie ma wyjścia. Ależ jest: załóż firmę, zrób jakiś przekręt, handluj prochami, musisz mieć kasę, władzę, żeby się wyrwać z tego zdehumanizowanego Czyśćca. Innego wyjścia nie ma?



A może jest Inny Świat, trochę staromodny Ryszarda Lenc w "Chimerze", gdzie odnajdziemy: prozę pytań filozoficznych, które splata w ciekawy sposób z egzystencją ludzi żyjących współcześnie i dawniej, wychowanych w kręgu kultury europejskiej, ale też Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Jego twórczość wyrasta z tradycji wysokiego modernizmu. Filozoficzność formuje się w tej prozie w materii życia, potwierdza swe zakorzenienie w naturze człowieka, w niegasnących niepokojach egzystencjalnych i metafizycznych, stanach zaprzeczających zaniku poczucia Tajemnicy Istnienia.


Albo w opowiadaniach niejakiego Kamińskiego pt. "Pan Swen albo wrocławska Abrakadabra". 

Jak pisze w recenzji na okładce Artur Daniel Liskowacki:
 Swen albo wrocławska Abrakadabra
to zbiór opowiadań odwołujący się do tradycji prozy surrealistycznej. Zarówno tej, która ma za patrona Henri’ego Michaux jak i Brunona Schulza czy Franza Kafkę. Ale Kamiński nie koncentruje się na surrealistycznych efektach czy budowaniu nastroju niesamowitości. Interesuje go raczej poetyckość oraz dziwność opisywanego świata. Świata zarazem bardzo rzeczywistego, zaludnionego żywymi ludźmi. A także pełnego szczegółów związanych z czasem akcji oraz konkretną, wrocławskią topografią, co pozwala umieścić opowiadania z tego zbioru w obszarze realizmu magicznego. Przestrzeń magiczną stanowi tu jednak Wrocław niepokazywany w turystycznych przewodnikach. Szary, zaniedbany, ale zaskakujący, stwarzający możliwość podróżowania w czasie postaciom występującym na kartach książki. Choćby tytułowemu panu Swenowi, który jest dziedzicem barona Münchhausena i potomkiem literackich bohaterów literatury małych ojczyzn. Ale to jest literatura tzw.. niszowa, niemodna, nie trendy. No bo, po co komu finezja, misterna konstrukcja, pieczołowitość językowa, filozoficzny przekaz, przemycana życiowa mądrość, wyobraźnia, fantastyczność, jak sprzedaje się (i dobrze tłumaczy służąc do budowania specyficznego obrazu współczesnego Polaka) lansowana wszelkiego rodzaju destrukcja, dewiacja, degrengolada (3D)..
Czy jest z tego szaleńczego  kręgu wyjście?

Jest proszę Państwa... bądźmy pozytywnie nastawieni do siebie i do świata, bądźmy szczęśliwi i dumni z tego, co osiągnęliśmy, choćby stał za tym niesamowity wydatek energii i nasz bezcenny czas. Choćby wydawało się nam, że to mało w porównaniu do osiągnięć sąsiadów czy znajomych. Życie to krótkodystansowy wyścig. Komu wydaje się, że ma siły na cały życiowy maraton, to często się przelicza. Czytajmy klasykę i literaturę przez tzw. duże "L". Szukajmy książek mądrych a nie bestsellerów czy polecanych przez tabloidy. Wielka Literatura nie musi się pchać na afisz, ona i tak przeżyje wszelkie mody i znajdzie sobie własne miejsce na półkach bibliotek czy domowych księgozbiorów. Potrzebne jest nam tylko trochę dociekliwości i  cierpliwości by samemu nauczyć się "tropić": dobrą wartościową literaturę.


Pamiętajmy o ogrodach...przecież stamtąd przyszliśmy (Jonasz Kofta)


sobota, 12 marca 2016

Dlaczego Polacy nie są i nie będą nigdy narodem? Cz. II

 Rozpatruję  sześć typów definicji charakteru narodowego wyodrębnionych przez uczonych holenderskich niezależnie od przyjmowanych metod badawczych. Czy istnieje ciągła i trwała
4) podstawowa  struktura osobowości ludzi należących do tej samej kultury, oparta na procesach uniformizacji socjalizacji i wychowania?

Śmiem twierdzić, iż po latach rusyfikacji, germanizacji Polacy jako społeczeństwo mówiące tym samym językiem, należące do sfery  słowiańskiej kultury generalnie zdało egzamin przez godziną "W" (czyt. Wolność) Pomimo przypadków warcholstwa, pieniactwa (przeczytaj Tazbira, "Od Sasa do lasa),  zdrady narodowej (jurgieltnictwo za Sejmu Czteroletniego), służalczości Polacy potrafili się odrodzić po ponad stu latach niewoli. Ale jak to mówią, za taką wolność płaci się cenę. Jako społeczeństwo rozczłonkowane na trzy zabory, wyznające bardzo różne wartości: w Wielkopolsce - przeciwstawienie się Bismarckowej centralizacji praca od podstaw, dorabianie się, tworzenie silnych gospodarstw i firm, w Mazowieckim - kariera polityczna lub opozycja polityczna, walka o polską edukację,  w Małopolsce - oszczędzanie, łożenie kasy na dobre wykształcenie Polacy jako społeczeństwo zdołało w ciągu dwudziestolecia dokonać ogromnego skoku jakościowego: rozbudowa przemysłu, infrastruktury obronnej, ustanowienie priorytetów narodowych: industrializacja w tym wybrzeża, rozbudowa floty, odbudowa szkolnictwa i to na wysokim poziomie!
Dlatego, iż  Bez silnej tożsamości i mocnego poczucia wspólnoty narodowej obumiera myślenie o przyszłości, więc nie budzi niepokoju np. jednostronne rozbrojenie czy trwała blokada polityki prorodzinnej, które strategicznie osłabiają państwo i w końcu eliminują biedny naród z gry"(Jan Polkowski)





Nasi odwieczni okupanci: Niemcy i Rosjanie od początku forsowali taktykę "przykręcania" śruby jeże
li chodzi o egzekwowanie swojego prawa, a luzowali, gdy chodziło o polsko-polskie rozgrywki! Zachęcano nawet do jawnego oszukiwania Polaków przez Polaków podporządkowując to pod kategorię słowiańskiego sprytu i kombinatorstwa. To trzeba przyznać zostało nam we krwi, jak obce ciało!

                                                                                                       
                                                      
Wychowanie realizowane przed wojną w polskich środowiskach szlacheckich, ziemiańskich, inteligenckich, mieszczańskich opierało się na zrozumiałych i ogólnie przyjętych normach typu: "Bóg, Honor i Ojczyzna". Oczywiście byli wyjątki, nie ma idealnego społeczeństwa, ale przemożna chęć wybicia się po latach niewoli na niepodległość, samodzielność niwelowała skutki drzemiącego w człowieku zła. Oczywiście znamy powiedzenie Dziadka Piłsudskiego: Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy. Ale we wrześniu większość społeczeństwa egzamin z BHO zdała!
Wytrwaliśmy przez pięć lat okupacji mimo prób zniemczenia osób o pochodzeniu niemieckim (
Volksdeutsche) i rusyfikacji na modłę lewicową (towarzysze "komuniści z polskiej KPP) przemalowani później przez NKWD na "Manifest Lipcowy" z tow. Bierutem i Bermanem na czele. Cała późniejsza polityka skomunizowanych żydowskich jurgieltników skierowana była na skompromitowanie Polaków jako społeczeństwa i narodu: zaczęło się od "Pogromu Kieleckiego" sterowanego przez ówczesny UBP, a skończyło na  przejściowych obozach pracy w  "Łambinowicach" i Świętochłowicach", gdzie w tym pierwszym  komendantem był Polak - "czerwony" z awansu" Czesław Gęborski, a w tym drugim Żyd Salomon Morel - obaj mordercy i sadyści nigdy nie zostali osądzeni za swoje zbrodnie przeciw ludzkości. Bowiem w celebracji zła obowiązuje zasada od wieków: "Swoich nie sądzimy, nie karamy. Zbrodnię tuszujemy, wymazujemy, niszczymy dokumenty. Wypieramy się tego, do entego pokolenia. 



Te bolszewickie, a właściwie barbarzyńskie prawa wprowadzili podbici przez Mongołów Rusowie. Toi od tamtych czasów zaczęto stosować represje, odpowiedzialność zbiorową itp.

                                       


                                      
    Konstatacja 5:
Czy istnieją wyuczone i dziedziczne zachowania kulturowe oraz systemy norm, wartości i celów, którymi posługują się instytucje jakiejś kultury i obecne w ich wytworach?

Myślę, że istnieją, ale obejmują niewielkie rozproszone grupy polskiego społeczeństwa. I tak naprawdę nie stanowią one wzorca, gdyż są "niewidoczne" i niewiele osób zdaje sobie sprawę z korzyści jakie niesie ich przestrzeganie. Masy bowiem kierują się jedną zasadą: zasadą korzyści! Co mi to da, że będę uczciwy, wzorowym obywatelem,  społecznie przydatnym? Co mi to da, oprócz garba i kłopotów? Ano nic, albo prawie nic. Na szali stoi: interesowność i bezinteresowność? Ale gdzie jest w społeczeństwie obopólnych interesów i powszechnego konsumpcjonizmu miejsce na zbiorowy altruizm? Państwo i władza wzywa nas do społecznego solidaryzmu, ale postępuje zgoła całkowicie inaczej gremialnie mu zaprzeczając! Czy można być całkowicie normalnym żyjąc ciągle pomiędzy antynomiami i przeciwieństwami? Przecież z jednej strony europeizacja Polski i młodego społeczeństwa napotyka kontrę ze strony narodowych i patriotycznych! Jak pogodzić patriotyzm narodowy z unijną  filozofią lewicowego egalitaryzmu! Który i tak stoi w sprzeczności z zarobkami unijnych urzędników i prawami jakie sobie przyznały za cenę cofnięcia lub zwiększenia dotacji Unijni Decydenci? Jak to się ma do uczciwości i polityki wyrównywania szans? Przecież statystyki unijne są porażające: 122 mln ludzi żyje na granicy ubóstwa ( wykluczenia społecznego) i tyle jest nim zagrożonych (to dane Eurostatu)

                                                                   

                                                          Polacy PO-dzieleni
Gdybyśmy mieli wyuczone dziedziczne zachowania przeciwdziałające takim działaniom to 99% Polaków chwyciła by, to co miała pod ręką i pogoniła gdzie pieprz rośnie nie tylko PiS,  Platfusów, SLD, PSL czy wcześniej AWS, lecz aby ratować siebie jako substancję społeczną, narodową i swoją przyszłość wytworzyłoby z pomiędzy siebie "nową klasę lub siłę polityczną"? A tu co? Nic - WOjna Polsko-Polska rozkręca się w najlepsze. Obie strony okupują się po dwóch różnych stronach barykady. Kalumnie i złorzeczenia fruwają w powietrzu, a nasi odwieczni wrodzy- przyjaciele zacierają ręce. To ich młyn i ich mąka. A "chleb" z tego kupimy i tak w jednej z ich sieci! I co Polaku! Ano nic - wszystko po staremu!
Tylko, że czasy jakie mamy i jakie nadchodzą wymagają jak w 39 największego wspólnego wysiłku na jaki nas stać! Tylko Wspólnie Jako Zbratane ze sobą Społeczeństwo jesteśmy w stanie stworzyć z tej ludzkiej materii Naród!                                           

Mantruję to słowo "Naród" przez wiele różnych konotacji ale tylko społeczeństwo, które będzie zorganizowane wokół narodowych celów: okłamania historii, kultywowania tradycji, umacniania struktur państwowych począwszy od siebie: uczciwość, prawdomówność, ofiarność, traktowanie swojej pracy jako służby społecznej to takie państwo jest w stanie przetrwa każdą globalna burzę, konflikt! A to co prezentują tzw. Polacy jest żenującym spektaklem i cyrkiem! Ciekawe, kiedy ich bliscy czytaj KOD-owców siedzieli potulnie w poczekalniach zapisani na pół roku naprzód w kolejce do specjalistów tracąc zdrowie, igrając ze śmiercią w oczekiwaniu na prawidłową diagnozę dlaczego wtedy nie protestowali? Dlaczego śmierć 64 wyselekcjonowanych przez służby oficjeli związanych z Tuskiem i jego kancelarią, katastrofą w Smoleńsku i sztabem generalnym nie spowodowała gwałtownych ulicznych protestów przeciw "tajnym zabójcom"? Strach Was obleciał? Modliliście się, e dobrze, że to nie wy? A może pańszczyźniana uległość i usłużność każdej władzy, byle by tylko chleb i maka oraz ciepła woda była w kranie wystarczy Wam do życia?

Ciekawią mnie kryteria wyboru Polaków lepszego zła od byle jakiej przyszłości? Jakimi wartościami, jeżeli je posiadają kierują się w swoich ślepych wyborach? Pokrętna dusza Polaka nie ma jakiejś stałej wyjściowej? Jest zlepkiem przypadkowych emocji sterowanych przez nasze polskie Ego i kompleksy, iż ktoś nam chce coś zabrać, z czego i tak nie korzystamy (mam tu na myśli to szumne słowo Wolność!) lub udział w tzw. demokracji bezpośredniej!. Po 1989 roku Polacy gremialnie wycofali się na pozycje oddając swoją Wolność w łapy tzw. Solidarnościowych Elit. Ile ja słyszałem przez te czas narzekań, przeklinania, złorzeczenia na tych co zdradzili idee solidarności społecznej dla koryta i władzy. I co, i nic! Przez 27 lat Polacy w swojej przecież, bądź co bądź wykształconej masie pozwoli zepchnąć się do defensywy nie chcąc podjąć choćby wysiłku na to by zjednoczyć się dla choćby jednego celu: Odsunięcia od koryta tzw. łżeelit i niepolskich mediów. I w końcu się udało! Teraz ci, którzy głosowali na opozycyjny PiS idą w RozKODowanych marszach z tymi, na których jeszcze niedawno pluli za węgła i narzekali siedząc w kolejkach do lekarza czy sanatorium. 



Zmanipulowani tak naprawdę sami już nie wiedzą przeciwko czemu i komu (no tu wybór jest jaśniejszy: "Nienawidzę Kaczuchy", mówią POlacy pisząc to na transparentach) demon-strują. Właśnie ten demon autodestrukcji i autolikwidacji spowodował w XVIII wieku upadek państwa i jego struktur. I teraz powraca sterowany przez Eurokomunę (lewicowe kadry urzędników wychowane na "rewolcie 68", patrz: biografię Cohn-Bendit'a) i banksterów i bardzo łatwo rozwija się w Polsce, gdzie tak naprawdę nie mamy prawdziwych elit przetrzebionych po 1945 roku, tylko zmarginalizowanych podzielonych  inteligentów, którym podrzucono jakieś synekury, żeby zamknęli gęby i siedzieli cicho. I to nasze wewnętrzne cicho jest naszym największym wrogiem. Pamiętam, kiedy wyrzucano Żydów z mojej dzielnicy - to w całkowitej ciszy przerywanej tylko odgłosami odjeżdżających samochodów ciężarowych! Pamiętam, kiedy w "stanie wojennym" aresztowano działaczy zakładowych Solidarności - w całkowitej nocnej ciszy.! Cisza i strach to nasi główni wrogowie!